3. Mahasiddha Virupa – Mistrz Dakiń

Moja rzeczywistość jest spontaniczna

I rządzi nią Mahamudra.

Pozostawiając rzeczy takimi jakimi są,

Nie rozmyślając, nic nie osiągając, pozbawiony ja,

Dzięki doświadczeniu prawdziwej natury rzeczywistości,

Uratowany jestem od otchłani nihilizmu.

Przez absolutny brak przywiązania

Uratowany jestem od niebios eternalizmu.

Ta rzeczywistość stanowi ukoronowanie

Doskonałej świadomości i czystej błogości.

Mahasiddha Virupa

W czasie gdy król Dewapala sprawował rządy nad starożytnymi królestwami Bengalu, we wschodniej prowincji Tripura urodził się Virupa. We wczesnej młodości był mnichem w wielkiej klasztornej akademii w Somapuri, gdzie studiował i medytował wraz z ponad tysiącem innych bhikszu.

Gdy był jeszcze całkiem młody otrzymał inicjację Wadżrawarahi, Dakini o Głowie Świni. Nieprzerwanie dążąc do osiągnięcia rezultatów medytacji, w przeciągu 12 lat powiedział najpierw milionów razy mantrę Wadżrawarahi, a następnie jeszcze raz tyle samo. Nie uzyskał jednak żadnych oznak powodzenia, nie miał nawet wróżącego postęp snu i z tego powodu zaczął się martwić. Pewnego dnia wpadł w taką depresję, że wyrzucił swą malę do ustępu:

„Czy kulki na sznurku mogą przynieść szczęście?” – zapytał sam siebie.

Wieczorem tego pomyślnego dnia podczas wieczornej pudży, gdy uświadomił sobie, że nie ma mali, pojawiła się dakini i wręczyła mu ją, udzielając następującej rady:

  • Najszczęśliwszy z dzieci, nie martw się. Masz moje błogosławieństwo.

Praktykuj porzucając wszelkie nazwy i koncepcje.

Naturalny umysł jest esencją Wadżrawarahi.

Jest taki sam w tobie, jak i we wszystkich innych.

Jesteś niedoświadczony jak dziecko.

Klejnot umysłu spełniający życzenia

nie jest spolerowany przez konceptualizację.

To wystarczy, by najlepiej praktykować.

Virupa oddawał się duchowej praktyce Wadżrawarahi przez 12 lat i osiągnął najwyższe urzeczywistnienie Mahamudry. Ponieważ dzięki temu uzyskał moc nad życiem i śmiercią, zwykł był pić alkohol i jeść mięso, które przynosili i gotowali mu służący. Pewnego dnia złapali kilka gołębi, które zagnieździły się w klasztorze, ukręcili im szyje i przyrządzili na obiad. Dyżurny mnich zauważył zniknięcie gołębi i zadzwonił w dzwon, zwołujący wszystkich.

– Kto z was, mnichów, zjadł gołębia? – zakrzyknął.

– Na pewno nikt z nas nie mógłby zabić gołębia – odpowiadali czcigodni mnisi – Coś takiego jest nie do pomyślenia!

Przeszukujący celę mnich zauważył przez okno, jak Virupa je pieczone gołębie i popija wino. Zgromadzeni mnisi zadecydowali, że Virupę należy wypędzić z klasztoru. Virupa zdjął swoje zakonne szaty i wraz z miseczką żebraczą złożył je przed posągiem Buddy w klasztornej świątyni. Po raz ostatni skłonił się przed Buddą, którego czcił tutaj przez 24 lata i wyszedł.

Przy bramie klasztornej zatrzymał go mnich i zapytał dokąd zamierza się udać.

– Wyrzuciliście mnie z klasztoru – odparł Virupa – pójdę więc tam, dokąd zaprowadzi mnie droga.

W pobliżu klasztoru Somapuri znajdowało się jezioro, którego powierzchnia pokryta była liśćmi lotosów. Zbliżywszy się do jeziora, Virupa postawił stopę na liściu, który nawet się nie zanurzył i z imieniem Buddy na ustach dotarł do drugiego brzegu jeziora, przechodząc z liścia na liść. Kiedy mieszkańcy Somapuri to zobaczyli, poczuli wyrzuty sumienia. Przybyli do Virupy i składali przed Nim pokłony, z najgłębszym oddaniem dotykając jego stop.

– Ale po co zabijałeś gołębie? – zapytali pokornie.

– To była iluzja, taka sama, jaką są przemijające zjawiska – odpowiedział mistrz. Kazał służącym przynieść resztki gołębich skrzydełek, po czym trzymając je w gorze strzelił palcami, a gołębie ożyły i odleciały, większe i dorodniejsze niż przedtem. Widzieli to wszyscy obecni.

W ten sposob Virupa porzucił życie mnicha i został joginem. Swą moc ponownie zademonstrował nad brzegami Gangesu. Poprosił boginię rzeki, Gangę Dewi o coś do jedzenia i picia, ta jednak odmówiła. Rozgniewało to Virupę, który opryskliwym rozkazem rozdzielił jej wody i przeszedł na drugi brzeg. W mieście Kanasata, Virupa udał się do karczmy. Karczmarka dała Mu dzban alkoholu i talerz pełen ryżu. Poźniej zażądał on jeszcze więcej napoju i pił tak dotąd, aż opróżnił wszystkie zapasy karczmy.

Kiedy karczmarka poprosiła Go by zapłacił, Virupa wbił swój rytualny sztylet (phurbę) między światło, a cień. Zatrzymał w ten sposób słońce, dając je w zastaw. Przez następne dwa i pół dnia Virupa dalej pił, opróżniając 500 miar spirytusu, z których każda mieściła się na grzbiecie słonia. Król Kanasaty, nie wiedząc nic o Virupie, przeraził się. Jego ministrowie byli bezsilni, nie mogąc ustalić przyczyny nieszczęścia, które spadło na ich kraj. W końcu sama bogini słońca ukazała się królowi we śnie wyznając, że wiąże ją dług Virupy w karczmie. Król zapłacił dług i Virupa zniknął.

Wędrując dotarł do kraju Indry, zamieszkałego przez fanatyków braminizmu. Stał tu monolityczny posąg Mahadewy – Wielkiego Boga Siwy mający 670 stop wysokości. Bramińscy strażnicy zażądali, by Virupa złożył pokłon przed posągiem.

– Nie jest właściwe, aby starszy brat skłaniał się przed młodszym – odparł mistrz.

Król Indry, który akurat pojawił się, by złożyć cześć Siwie, poparł swoich kapłanów grożąc Virupie:

– Jeśli odmówisz, spotka cię śmierć.

– Dopuściłbym się przewinienia, jeśli złożyłbym pokłon przed nim – odparł Virupa.

– Niech więc cała wina spadnie na mnie! – nalegał król.

Virupa złożył dłonie w geście oddawania czci, a wówczas wielki kamienny posąg pękł na dwoje i dał się słyszeć głos z nieba:

– Mistrzu, słyszę Cię i jestem Ci posłuszny!

– Przysięgnij wierność Buddzie! – zażądał mistrz.

Po złożeniu przysięgi ochraniania nauki Buddy, pęknięty posąg scalił się. Ofiary, które przynieśli z sobą wyznawcy Siwy zostały wręczone Virupie, a ten przekazał je miejscowym buddystom. Mówi się, że utrzymują się oni dzięki nim aż po dziś dzień.

Mahasiddha virupa - Kopia

Z Indry Virupa powędrował do Dewikotty, leżącej we wschodnich Indiach. Wszyscy ludzie w całej okolicy Dewikotty stali się pożerającymi ludzkie mięso upiorami /skt. vetala/. Zazwyczaj wystawiali jednego spośród siebie przy drodze prowadzącej do miasta, aby rzucał urok na niczego nie spodziewających się podróżników, po to, aby można było ich łatwo schwytać w nocy. Virupa i idący przed nim bramiński chłopiec, zostali zaczarowani na drodze do miasta, w którym spodziewali się znaleźć pożywienie i nocleg.

Chłopiec dostał jedzenie i przez przyjaznego buddystę został skierowany na nocleg do świątyni na krańcu miasta.

  • Wszyscy ludzie w mieście to upiory – ostrzegł go buddysta – Nie pozostała tu żadna prawdziwa istota ludzka. Sprawiają oni wiele kłopotu, lecz tam, w świątyni, będziesz mógł spać spokojnie.

Virupa odnalazł chłopca w świątyni i przed snem pobłogosławił go ochronną mantrą. W międzyczasie upiory zgromadziły się, by dokonać rytuału krwawej ofiary. Mieli oni zwierzęce mięso, lecz brakowało im „doskonałego mięsa” ludzkich istot. Czarownik, który na drodze rzucił urok na dwóch podróżników, poinformował całe zgromadzenie o swym sukcesie. Natychmiast wysłano dwa upiory, by przyprowadziły ofiary. Pomimo ich wielkich wysiłków, dzięki ochronnej mantrze Virupy nie udało im się ruszyć chłopca, a Jego samego, śpiącego na desce, zaniesiono na niej w sam środek kręgu upiorów.

Oni zaś poczęstowali go alkoholem i przygotowując ucztę zamierzali zabić. Chwycili za noże i zaczęli się niepohamowanie, histerycznie śmiać. Wówczas Virupa również się zaśmiał, ale jego śmiech był straszliwym, dwunastotonowym śmiechem Heruki, w porównaniu z którym śmiech upiorów wydał się dziecinną zabawą. W śmiertelnym przerażeniu wszyscy oni stracili przytomność. Kiedy wrócili do zmysłów, przyjęli przed joginem ślubowanie przyjęcia schronienia w Buddzie i podążania drogą Jego Nauk.

  • Jeśli utrzymacie te Nauki, które wam zaszczepiłem – powiedział Virupa – nic się wam nie stanie. Jeśli zaś nie będziecie codziennie odnawiać tego ślubowania i porzucicie ścieżkę Bodhisattwy, bez naruszenia ciała stracicie czarkę swojej krwi. A jeśli zwrócicie się do jakiegoś boga o schronienie, odwracając się od Dharmy Buddy, ten dysk oddzieli wasze głowy od reszty ciała i Demon Północy wyssie krew z waszych żył.

Mówi się, że po dziś dzień można oglądać Dysk i Demona jako konstelacje gwiazd na niebie. Wraz z upiorami z Dewikotta, które stały się związanymi przysięgą strażnikami Nauk Buddy, Virupa przeniósł się do innego kraju. Kiedy kilka lat później wybrał się ponownie do tego miasta, Mahadewa – Wielki Bóg Siwa i jego partnerka Umadevi, stworzyli miasto z 4 500 000 mieszkańców, którzy uhonorowali Mistrza, czcząc Go i składając Mu ofiary. Pożywienie na ucztę przygotowaną na Jego cześć, zostało sprowadzone z Nieba Trzydziestu Trzech i z innych pałaców bogów.

Virupa pozostawił następujące, autobiograficzne strofy:

Byłem mnichem w wielkiej klasztornej akademii w Somapuri

I prowadziłem ciche zdyscyplinowane życie.

Dzięki zasłudze wcześniej nagromadzonej

Oświecona emanacja udzieliła mi

Inicjacji, błogosławieństwa i wskazań,

Lecz ja praktykowałem z ogarniętym iluzją umysłem

I przez 12 lat, tak, przez 12 lat

nie otrzymałem żadnego znaku we śnie.

W końcu znudzony, przeklinając,

Wyrzuciłem swą malę do ustępu,

Lecz Dakini obdarzyła mnie pouczającą wizją,

Która dodała mi nowych sił i doprowadziła

Do urzeczywistnienia wrodzonej doskonałości koła życia.

Po wyćwiczeniu się w jodze wolnego od myśli umysłu

Zostałem wyrzucony z klasztoru

Przez Mnichów Szkoły Mahasanghika z Somapuri,

Będących całkowicie owładniętych przez iluzje.

By rozproszyć ich błędne poglądy

Wszedłem w samadhi i przeszedłem przez wodę,

Zawróciłem w biegu Ganges i zjadłem zakazany owoc.

Dałem w zastaw Słońce i folgowałem zmysłom,

Uszkodziłem posąg braminów

I w ten sposób zniszczyłem ich dumę.

A po tym, jak nawróciłem upiory z Dewikotty,

Mahadewa rozpoznał moje moce i zdolności

Stwarzając miasto, którego mieszkańcy składali mi ofiary.

Jeśli nie wierzycie w moją opowieść

To po co szanujecie Dharmę Buddy?

You may also like...